
Od akcji do fundacji
Był marzec 2020 r. W Polsce, ogłoszono stan pandemii. Świat wstrzymał oddech. To, co było pewne, stało się niepewne. Wielu z nas straciło poczucie bezpieczeństwa, grunt pod nogami a nawet życie. Widmo strachu i niepewności wisiało nad naszymi głowami. Nikt nie wiedział, co będzie.
Morderczy coronawirus grasował po całym świecie. Siał spustoszenie i zostawiał za sobą miliony trupów. W panice zamykano granice państw. Szkoły i uczelnie wstrzymały zajęcia, firmy i instytucje zawiesiły działalność. Ludzie przez wiele miesięcy pozostawali zamknięci w domach, gdzie rozgrywały się ciche dramaty.
Moja firma w ciągu kilku dni straciła roczne kontrakty i pracę na kilka miesięcy. Patrzyliśmy, jak nasz biznesowy świat pokrywa gruba warstwa gruzu i popiołu. Przez jakiś czas czułam, że mój mózg zmienia się w roztopioną galaretę. Myśli jakby się rozpłynęły a zamiast kreatywności kipiała niemoc.
Zastanawiałam się, czy w ogóle jeszcze kiedyś będzie „normalnie”? Czy świat, który znaliśmy, ten pędzący na łeb na szyję, jeszcze do nas wróci? W ciągu chwili nasze życie spowolniło, jakby ktoś włączył tryb slow-motion. Ktoś stracił firmę, ktoś upiekł chleb, jeszcze ktoś inny odkopał zakurzone pasje. Wszyscy dostaliśmy coś, czego zawsze było zbyt mało. Czas!
Gdy bardzo powoli, zaczęłam odzyskiwać władzę nad moim rozumem, pierwszą myślą było, jaki mam wybór? Co mogę zrobić z bonusem czasowym, który dostałam? Mogę siedzieć i płakać. Dręczyć siebie i innych, pogłębiać dramatyzm sytuacji wpisami w mediach społecznościowych. Mogę się załamać, paść na kolana i czekać na powrót do przeszłości.
Ale wtedy dotarło do mnie, że przecież nie jestem piórkiem na wietrze, mam wybór! To prawda, że wirus zatrzymał moją firmę, ale to nie znaczy, że musi zatrzymać mnie!
26 marca, zadzwonił telefon. Jest sprawa, pomożesz? Bez wahania zgodziłam się.
Personel medyczny w jednym z wrocławskich szpitali potrzebował materiałów ochrony osobistej. Pracowała tam jedna ze znajomych lekarek, a zarażonych przybywało z godziny na godzinę. Każdego dnia narażała swoje zdrowie i życie dla ratowania życia innych. Za wszelką cenę chciałam jej pomóc. Gdy przekazywałam dary w szpitalu, dziennikarz lokalnej telewizji zapytał, co ja właściwie tu robię. Czy życie mi niemiłe? Pomagam jak mogę – odpowiedziałam ze spokojem. Słowa te okazały się prorocze.
Każdego dnia przyłączali się do mnie ludzie i instytucje, gotowi nieść pomoc potrzebującym. W ciągu następnych tygodni, nasza pomoc rozpędziła się niczym śnieżna kula i zatoczyła coraz szersze kręgi.
Do wrocławskich szpitali trafiły maseczki, gogle, fartuchy, rękawiczki, sprzęt AGD i świeże posiłki dla personelu medycznego. Pomagaliśmy nieprzerwanie przez 100 dni.
W tym czasie, odkryłam jak ogromną wartość, radość i sens, sprawia mi pomaganie innym. To właśnie wtedy, zdecydowałam, że otworzę Fundację o nazwie pochodzącej z moich proroczych słów „Pomagamy Jak Możemy”
Wierzę w to, że cokolwiek dobrego zrobię dla innych, zyskuje na tym dusza moja.